Szukasz konkretnej robótki?

W słowach

Poskramianie natury, czyli mieszczuch w ogrodzie (1)

Poskramianie natury, czyli mieszczuch w ogrodzie (1)

Powszechnie uznaje się, że osoba pracująca w ogrodzie, mająca stały kontakt z naturą jest istotą łagodną, wyrozumiałą i ogólnie rzecz biorąc do rany przyłóż. Nic bardziej mylnego. Na swoim własnym przykładzie zamierzam pokazać, jak praca w przydomowym ogródku wydobyła ze mnie najgorsze cechy. Uwaga: oświadczam, że w toku moich działań nie doznało krzywdy fizycznej żadne zwierzę. Oprócz ślimaków.

Jak Wam wiadomo, od pewnego czasu jestem posiadaczką swojej wyłącznej przestrzeni ogrodzonej ścianami, w której miejsce ma moje drugie biurko. Wraz z nabyciem tej przestrzeni weszłam w posiadanie także przestrzeni napowietrznej, choć także ogrodzonej. Stopniowo i sukcesywnie, w miarę sił, czasu, finansów i innych możliwości (włączając także okoliczności pogodowe) usiłuję tę przestrzeń okiełznać. W niedzielne poranki lubię przesiadywać z kubkiem kawy w słońcu na tarasowych schodkach i przyglądać się przestrzeni, którą już zdołałam zagospodarować i snuć plany dotyczące zagospodarowania tej części, która wciąż żyje w zgodzie z nieokiełznaną naturą. Uwielbiam patrzeć na równo przystrzyżoną trawę, równe krawędzie przy rabatkach, na rośliny pnące się ku niebu, wypuszczające nowe pędy, rozkwitające kwiaty. Cieszę się tym bardziej, że każdą roślinkę osobiście przytarmosiłam do domu i posadziłam „tymi ręcami”.

Mało co jest w stanie wytrącić mnie z tej nirwany, ale pewnego razu bardzo skutecznie zrobił to… widok niedużego kopczyka na środku trawnika. Kopczyk miał klasyczne kształty rodem z czeskiej bajki, w związku z czym żadnych wątpliwości nie miałam, z jakim zwierzątkiem mam do czynienia. Cała sympatia do zwierzątka o aksamitnym futerku w mgnieniu oka wyparowała, a w głowie obraz słodkiego i pomocnego krecika z kreskówki zastąpił bezduszny kret chcący zamknąć Calineczkę pod ziemią. Instynkt mordercy obudził się we mnie, a mężowskie opowieści o tym, jakie to jest towarzyskie zwierzę, że ma specjalne pokoje podziemne do przyjmowania gości jeszcze go podsycały. Za płotem całe hektary łąki, a ta franca właśnie u mnie za gościnnego gospodarza musi robić?! – niech idzie w cholerę… albo do sąsiada, bo ten jego trawnik coś za ładny jest.

Ponieważ ta mała zaraza jest pod ochroną należało udać się do odpowiedniego sklepu po legalne środki do odstraszania kretów. Pełna optymizmu podeszłam do pana obsługującego odpowiednie stoisko w jednym z marketów budowlanych i poprosiłam o „coś na krety”. Pan ze współczuciem na mnie spojrzał, gdy na pytanie „A co Pani już stosowała?” odpowiedziałam, że jeszcze nic. Ucięliśmy sobie wtedy długą pogawędkę, z której się dowiedziałam, że co kret to charakter i że niekoniecznie to, co jest w handlu da jakieś efekty. Koniec końców wlałam do środka kopczyka kupione świństwo i czekałam na efekty. Podejrzewam, że złośliwa bestia w odwecie zeżarła mi od spodu krzewuszkę, a rosnącą nieopodal mahonię znacząco podgryzła, bo bidula – widać – mocno walczy o przetrwanie.

Ponieważ u sąsiadów małe dzieciaki mocno biegają po ogródku głośno krzycząc uznałam, że chyba dziadowi jest u nas zbyt zacisznie. Zaczęłam co tydzień kosić trawnik i odniosłam wrażenie, że gryzoń trochę się uspokoił (nawiasem mówiąc: czy kret jest gryzoniem?).

Na razie mamy coś w rodzaju rozejmu – zwierz bryka chyba po obrzeżach ogródka (takie mam wrażenie, bo przy płocie jakoś bardziej rozorane jest niż pamiętam), drugą krzewuszkę – posadzoną w miejscu pierwszej nieboszczki – w ramach ostrzeżenia trochę tylko ponadgryzał, więc odbiła od dna nieboga na wiosnę, ale trawnika nie tyka.

Podczas jednej z wiosennych wycieczek u trochę bardziej oddalonego sąsiada zauważyłam na trawniku dużą ilość charakterystycznych kupek ziemi. Szkoda mi sąsiada, ale demon w mej duszy cieszy się, że kreciszcze uprawia życie towarzyskie poza moim terytorium.

Pozdrawiam serdecznie :-)

P. S.

Na zdjęciu pieris japoński – oczywiście mój ogródkowy egzemplarz :-)

4 Komentarzy 53 wyświetlenia

Podobne wpisy

Jedna na milion

Jedna na milion

Skakanka

Skakanka

4 Komentarze

  1. U mnie też były krety i nornice, ale już ich nie ma odkąd zaprzyjaźniłam się z okolicznymi kotami :)

    1. W jaki sposób zaprzyjaźniłaś się z okolicznymi kotami? I czy – za przeproszeniem – nie załatwiają swoich kocich potrzeb na trawniku? Raz nie zauważyłam kociej kupy na trawniku i w kosiarkę mi wlazło. Czyszczenie nie było miłe ;-)

  2. Moje kontakty z ogrodem ograniczają się do picia kawy na huśtawce oraz fotografowania tego, co zrobią Mama z Marcinem :)

    1. Z jednej strony fajnie i trochę chyba Ci zazdroszczę (w sensie pozytywnym oczywiście – bez zawiści), z drugiej jednak strony bardzo lubię – jak to mawia moja Babcia – grzebać się w ziemi. Dużo radości sprawia mi obserwowanie, jak rośliny „odpłacają” pięknymi kwiatami i zdrowym wyglądem za dbanie o nie. Ale niektóre aspekty natury jednak denerwują mnie, czemu dałam wyraz :-)

Zostaw komentarz

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez stronę plików cookies. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close